Wakacje
Coraz bardziej lubię wakacje. A zwłaszcza wakacyjne wyjazdy. Im dalej tym lepiej.
Nie, nie, nie idzie tu ani o wakacyjne słońce, bo równie dobrze opalić się mogę we własnym ogrodzie przy ścinaniu trawy. Ani o ciepłe morza. Bo np. Atlantyk potrafi być równie chłodnawy jak nasz Bałtyk. Ani nawet o złociste plaże, bo nasze bałtyckie potrafią być równie piękne, a i często po prostu lepiej zagospodarowane niż te renomowane, zagraniczne. A i oko można na nich równie efektywnie od czasu do czasu zawiesić.
Chodzi o coś innego. Po pierwsze, dwa tygodnie całkowitej laby od polskiego piekiełka. Wystarczy kilka godzin lotu samolotem i już jesteśmy tam, gdzie w telewizorze nie usłyszymy ani słowa o tym, co powiedział o prezydencie i prezydentowej pewien ambitny duchowny. Ani też o tym co powiedziała ministerialna doradczyni o jakości krwi oddawanej do transfuzji przez uczestników polskiego Woodstock. I w żadnej gazecie nie będzie ani słowa o wykryciu nowych “taśm prawdy” przez polityka, który z jakąkolwiek prawdą ma niewiele wspólnego. Ani też o tym, że polityczny pupil premiera i ministra sprawiedliwości z dnia na dzień przestaje być bardzo cacy i robi się bardzo be. I w ogóle przez dwa tygodnie nie będzie się słyszeć, oglądać czy czytać ani słowa o tym całym morzu polskiej hucpy, czy po prostu siermiężnej głupoty. Bo tam nic a nic to po prostu nikogo nie interesuje. I taka medialna cisza warta jest naprawdę wszystkich pieniędzy. Bo od niej ciśnienie spada co najmniej o kilka punktów, a to jak wiadomo dobre “dla zdrowotności“.
W tym roku “dla zdrowotności” wybrałem się do Portugalii. Nie za daleko, nie za blisko, Europa, na urlop w sam raz. Kraj zresztą bardzo ciekawy. I mający historyczne szczęście ze względu na swe geograficzne położenie. Zagubiony gdzieś na końcu europejskiego świata, nikomu specjalnie politycznie nie był ani po, ani na drodze. Ostatnie poważne problemy miał we wczesnym średniowieczu z arabskimi Maurami (jeśli nie liczyć kilkudziesięcioletniego epizodu w XVII w. z uzależnieniem od Hiszpanii). Nie ma tu porównania z naszym geopolitycznym położeniem w samym środku europejskich wichrów wojny.
I choć miał przez wieki święty spokój, pomijając epizod wielkich odkryć i kolonialnych aneksji, za bogaty nie był. Ba, w drugiej połowie XX w. był jednym z najbiedniejszych krajów zachodniej Europy. Ale w 1987 r. (o ile dobrze pamiętam datę) przyjęto go do europejskiej Unii. No i zaczęło się! Dziś to kompletnie inny kraj. Zacznę od dróg, bo te znam chyba najlepiej, jako że w tzw. objazdówce zjechałem go wszerz i wzdłuż. Proszę sobie wyobrazić kraj, który powierzchniowo jest trzy razy mniejszy od Polski, ludnościowo cztery, a ma 4500 km autostrad. Ba, i to jakich. Nie zwykłych “ekspresówek” udających, jak u nas, autostradę, tylko autostrad z prawdziwego zdarzenia. Więcej niż we Włoszech. I to w liczbach bezwzględnych, a nie w żadnych przelicznikach. I to wszystko zbudowano od zera przez 20 unijnych lat.
Wakacje
Wakacje
My w Unii jesteśmy już ładnych parę lat. I ile kilometrów autostrad udało nam się w tym czasie zbudować? Na warszawskiej “dojazdówce” do Płońska, wracając z lotniska wpadam w jakąś dziurę. Felga aż jęczy, nie obejdzie się bez prostowania. Tylko, że oni budują, a nie - za przeproszeniem Czytelnika - pieprzą w bambus! I na tych pięknych szerokich autostradach (zresztą i na miejskich ulicach też) spokój, cisza i pełen luz. Żaden wariat nie prostuje rury wyciskając z “garów” co Bozia i fabryka dała, nikt na nikogo nie trąbi, nic nie wymusza, nie wyprzedza na wariata. Efekt - nawet w wielkich miastach, jak np. Lisbona, nie stałem w korkach ani minuty, nikt mnie nie poganiał, nie pukał w czoło, zero adrenaliny. Ani na ulicach ani na drogach czy miejskich placach nie widziałem żadnego policjanta czy ochroniarza, spokojni, sympatyczni ludzie. No i ogromny boom budowlany. Portugalskie pagórki (zwłaszcza te nadmorskie) zabudowane są, rosnącymi jak grzyby po deszczu, domami i domkami. I to nie ponurymi blokami ani nieładnymi “gargamelami”, a naprawdę gustownymi skomponowanymi z krajobrazem domami i domkami.
Cóż, niektórzy to mają szczęście. I potrafią je wykorzystać. I na pewno nie stracą ani swego złotego rogu, ani czapki z piór.
gazeta.pl
